Początki zawsze są trudne

image

Na studiach czytałam książkę „Służące”. Jeśli ktoś z Was nie wie, co to za lektura, szczerze polecam. Leniwców odsyłam do filmu z Emmą Stone, w roli głównej. Krótko mówiąc, książka opisuje losy czarnoskórych gosposi, które są „niewolnicami” w domach białych Amerykanów. Są to lata 60. XX wieku, więc takie rzeczy to normalka. Pewnego razu jedna z bohaterek ( służąca ) strasznie się wnerwiła na swoją panią. Oczywiście w twarz nie mogła damie powiedzieć, że jest wredną suką, więc nasrała jej do ciasta, które ona zjadła 🙂
Nie, no ja nigdy czegoś takiego nie zrobiłam i pewnie nie zrobię, bo jestem tchórzem, a może za bardzo szanuje ludzi, których szanować nie należy. No nie ważne:) Tak na prawdę miałam w życiu dwie płatne roboty, w Dominium i tutaj. I w obu pracach początki były masakryczne! Przeżyłam i tam i tu. Z tą różnicą, że takich prac jak ta można szukać ze świeczką, czy jakoś tak i z tą różnicą, że praca w pizzeri była milion razy łatwiejsza. Wyciągnęłam jednak jeden prosty wniosek: za ch… nie wolno za wcześnie się poddawać.

Wkraczając w progi Avenue Montaigne, a raczej za ogromne drzwi starej, typowo francuskiej kamienicy, faktycznie poczułam się jak w innym świecie. Nie byłam zachwycona przepychem. Tym że na środku dziedzińca umieszczony jest piękny ogródek, tym że wszystkiego pilnuje całodobowa ochrona i tym że zaraz obok mojej „klatki” znajduje się ogromne pomieszczenie, gdzie modelki przymierzają ciuchy z najnowszych kolekcji znanych marek. Ja poczułam ból brzucha, mdłości i chęć skorzystania z najbliżeszego kibla. Na spotkanie z moimi przyszłymi pracodawcami miał zaprowadzić mnie ich szofer, czyli wspomniany wcześniej Arab.

Miałam się ubrać skromnie ale nie „na biedaka”, zero makijażu, zero perfum, włosy związane w koczek. Miałam wyglądać na osobę, która potrzebuje pracy. Strasznie mi na niej zależało, więc starałam się zbrzydzić jak tylko sie da. Pisałam już, że ich główne wymagania to: stara, brzydka i gruba. Dzisiaj wiem dlaczego, ale o tym później.

Przed bramą na av.Montaigne czekali na mnie mój przyjaciel z Chanel i Arab. Nie muszę chyba wspominać, że stres był tak ogromny, że nie umiem tego opisać. No był mega, mega dramatyczny ( teraz przypominam sobie mój pierwszy dzień w Dominium, Radiu Lublin i innych robotach i to jak kiedyś się tym stresowałam. Teraz wywołuje to uśmiech na twarzy i miłe wspomnienia). Dobra, mijam Hugo Bossa, mijam Montaigne Market, mijam Celine, Fendi i zamieram. Zaraz moje życie ma się całkowicie zmienić.

image

Arab, już na osobności, zadawał pytania typu: ile masz lat ( od razu skomentował, że za młoda), gdzie mieszkasz, czy palisz, czy jesteś zdrowa itp. Wszystko zapisywał w swoim grubym notesie w skórzanej, czarnej okładce. Oblukał mnie od góry do dołu typowo, męskim spojrzeniem, w swoim blackberry ( zdziwko, że nie iPhone) zapisał mój numer i powiedział, że opowie o mnie Madame i młodemu i da znać. Podziękowałam: Thank you, good bay i opuściłam progi bajecznego Montaigne. Nie polubiłam go, choć wydawał się elegancki, kulturalny i obyty. Tylko wydawał.
Po tygodniu dostałam telefon, że mam przyjść na trzy dni próbne. Yes! Udało się, mam robotę.

Razem z szoferem staliśmy przed drzwiami apartamentu za pięć jedenasta. Nie śmiał zadzwonić ani sekundy wcześniej niż o wyznaczonej przez Madame godzinie. Tak, więc w milczeniu czekaliśmy na schodach wyłożonych czerwono-brązowym dywanem, gdy na jego platynowym zegarku ( podobno prezent od młodego, podobno warty 30 tys. euro) wybije 11:00. Dostałam kilka wskazówek od Araba odnośnie zachowania podczas rozmowy z domownikami ( teraz wiem, że wywołało to dużo niepotrzebnego stresu, powinnam czuć się swobodnie, a czułam się jak na policyjnym przesłuchaniu). Nie rozglądaj się po mieszkaniu, odpowiadaj tylko TAK lub NIE, nie uśmiechaj się ale nie bądź ponura, popraw włosy, popraw koszulę, nie próbuj się z nimi zaprzyjaźnić, nie gadaj za dużo, nie zadawaj żadnych pytań, nie odzywaj się nie proszona. Yyy WTF?? Drzwi otworzyła nam Madame. Od razu lekkie zdziwko, bo myślałam że to Rosjanka, a wygląda bardziej na Azjatkę. Nie uśmiechała się. Ja nieśmiało, anemicznie podałam jej rękę, bo niby czemu nie? Musowo zdjełam buty. U nich w domu w butach się nie chodzi, bo mają bardzo drogie dywany i oczywiście jest to oznaka braku szacunku. Szofer został przy drzwiach, również na bosaka. Za pozwoleniem usiadłam na kanapie, na przeciwko babki ubranej w za krótkie spodnie, wyglądały na domowe ( później okazało się, że to Prada) i w rozciągniętej koszulce Calvina Kleina, brzydka była. Madame wypaliła: Tell me something about yourself. Hmm no i jak tu coś powiedzieć, nie gadając za dużo, patrząc się w ziemię? Oczywiście wbiłam swój wzrok prosto w jej oczy i zaczęłam nawijać: pochodzę z Polski, byłam kelnerką, jestem w Paryżu od dwóch tygodni, przyjechałam do narzyczonego, skończyłam studia itd. Babka się ożywiła i już szybko poszło. Coraz więcej pytań, coraz więcej uśmiechów, szofer dalej stał przy drzwiach. Po chwili pojawił się młody, ubrany w koszulkę LV i piżamowe spodnie od Calvina Kleina. Wydawał się na luzie, kilka spojrzeń, kilka żartów, wyluzował atmosferę. Podziękowali, odprowadzili do drzwi i tyle. Wrażenia okej. Choć do dzisiaj śni mi się wzrok Madame. Podejrzliwy, tajemniczy, współczujący? Szofer stwierdził, że poszło super i obiecał zadzwonić za dwa dni. Zadzwonił po tygodniu: Ana you got a job!

1 comment found

  1. 🙂 Gratuluję… choć pewnie uczucie byciem koniem, któremu zagląda się w zęby nie jest najmilsze. Takie „castingi” muszą być wielkim sprawdzianem dla dystansu do sameog siebie oraz odporności na cudzą krytykę. Kurczę… a gdyby tak do mnie nie oddzwonili… samoocena leci na łeb , na szyję 😉 Powodzenia

Your email address will not be published. Required fields are marked with *.